"> Jet Clean Tronic w praktyce | Serwis Deptuch

Jet Clean Tronic w praktyce

Dwa tygodnie temu (14 listopada) zrobiłem swojemu Nissanowi analizę spalin. Niestety Stacja Kontroli Pojazdów, którą mam niedaleko, nie jest w stanie wydrukować wyników. “Niech sobie Pan fotkę pstryknie” – usłyszałem. I pstryknąłem.

Tutaj jest pełen błędów, obnażający moją techniczną ignorancję oraz podważający wszelkie przyznane mi do tej pory tytuły naukowe wywód, w którym próbuję wyjaśnić wyniki analizy spalin. Niestety z wywodu tego nic nie wynika.
Niemniej jednak wiadomo jedno – silnik w moim 10-letnim Nissanie wykazał się typowym dla aut japońskich doskonałym stanem technicznym.

Kilka dni później spotkałem się z Rafałem Kobzą – tym samym Rafałem Kobzą, z którym rozmawiałem o czyszczeniu silnika.
– I jak? – zapytał.
– Mam dwie wiadomości. Którą chcesz usłyszeć najpierw? – odparłem. Zawsze chciałem tak komuś odeprzeć, bo to takie serialowe i kozackie.
– Dobrą.
– Zrobiłem analizę spalin.
– Super.
– A złej nie chcesz?
– Wiem, jaka jest – analiza wyszła idealnie.
– Bo nikt, kurde, tak nie dba o auto jak mega turbo moto bloger, yeah.

– Sinik rozgrzany?
– No przecież przed chwilą przyjechałem.
– Dobrze. Rozgrzane osady łatwiej usunąć.

Czyszczenie układu wtryskowego

– Najtrudniej podłączyć się pod starsze BMW – mówił Rafał, gmerając coś przy przewodach paliwowych w silniku mojego Nissana.
– Jakie starsze?
– No na przykład pod E46.
– Sam jesteś starszy.
– Te Diesle 20d i 30d wymagają podnośnika – trzeba auto unieść i przy zbiorniku w przewody paliwowe się wpiąć. Te nowsze już mają wszystko elegancko wyprowadzone pod maską – jest tak łatwo jak tu w Twoim Nissanie.

– U Ciebie pompa cały czas podaje paliwo pod stałym ciśnieniem – około 3 barów. Ale silnik tylko przy maksymalnym obciążeniu potrzebuje tyle paliwa, więc w układzie wtryskowym masz zawór zwrotny i nadmiar paliwa wraca do baku – powiedział Rafał i z donośnym cmoknięciem wyciągnął z silnika dwie rurki. – To zasilanie, a to powrót. Zepniemy je razem i sobie będzie paliwo krążyło. A ja się wepnę w zasilanie i przez 30 minut silnik będzie pracował na naszym płynie czyszczącym.

– Ej – zawołałem tonem odkrywcy – a nie lepiej byłoby, gdyby pompa paliwowa pracowała ze zmiennym ciśnieniem? Żeby dostarczała do układu wtryskowego dokładnie tyle paliwa, ile silnik potrzebuje? Przecież teraz, jak cały czas zapodaje maks, to się szybciej zużywa.
– Nowsze silniki tak już mają. Ale to jest w sumie bez znaczenia – pompa jest cały czas zanurzona w paliwie, więc non stop ma chłodzenie. Praca na stałym, wysokim obciążeniu zupełnie jej nie męczy.
– Czyli jazda na rezerwie…
– …nie jest zdrowa. Nieliczne auta mają pompę przepływową, ale większość ma zanurzeniową, która na głębokiej rezerwie pracuje praktycznie na sucho. Tylko kolebiące się w baku resztki paliwa czasami ją skropią. Bardzo szybko się wtedy pompa sypie.

Nie wiem, czy mam w Nissanie pompę zanurzeniową czy przepływową, ale w tej właśnie chwili zakończyłem trwające od dnia kupienie swojego pierwszego auta zawody pod tytułem “Jak daleko za czerwone pole uda mi się sprowadzić wskazówkę poziomu paliwa, póki auto nie stanie”. Od zawsze miałem tak, że jazda na rezerwie strasznie mnie jarała. W trasie mijałem stacje – jedną, drugą, trzecią. Uzależnienie od adrenaliny – zakaszle czy nie zakaszle? Durny jest człowiek czasami, oj durny…

Czyszczenie kolektora dolotowego

30 minut później wyjechałem Nissanem z warsztatu – czyszczenie kolektora dolotowego postanowiliśmy zrobić na zewnątrz. Z prostej przyczyny – spaliny przy tym czyszczeniu potrafią nieprzyjemnie pachnieć…
– Uruchom silnik – powiedział Rafał.
Uruchomiłem i zgasiłem go w ułamku sekundy. Normalnie myślałem, że się urwał.
– Uruchom, nie pękaj.
No i zrobiło się dziwnie – trochę amerykańsko, a trochę wiejsko. Silnik pracował dramatycznie – drżał, podskakiwał i prychał – normalnie jak lekko wysłużony amerykański V8. Zaś z wydechu dochodził dźwięk zajechanego Ursusa.
Gdyby kiedykolwiek mój Nissan choć przez 10 sekund podobnie się zachował, od razu dzwoniłbym po lawetę i likwidował lokaty. Nie dbam przesadnie o samochód, ale jedno lubię – równo i soczyście pracujący silnik.
To, co się z silnikiem dzieje przez te kilka minut czyszczenia kolektora dolotowego to niezła komedia. Gdyby to czyszczenie robił mi jakiś nieznany mechanik – przywaliłbym mu lewarkiem w potylicę i wyrwał z warsztatu na pisku.
Co ja Wam będę pisał – zobaczcie i posłuchajcie sami. Najpierw czyszczenie układu wtryskowego – zero dramatu. Potem kolektor dolotowy – prychanie z popierdywaniem najwyższych lotów ;)

– Pamiętaj – powiedział Rafał, gdy 15 minut później się żegnaliśmy – pierwsze 10 kilometrów przejedź bardzo spokojnie, niech się ten płyn z kolektora dolotowego wypali. No i zrób ponownie analizę spalin, sam jestem ciekaw, czy coś wykaże.

Analizę spalin zrobiłem nazajutrz. Na górze stara fotka z badania przed czyszczeniem, z dnia 14/11/2011, na dole fotka z badania po czyszczeniu (18/11/2011).

“Naukowe” wnioski wynikające z porównania tych dwóch wyników analizy spalin są takie, że… w przypadku mojego Nissana czyszczenie układu wtryskowego oraz kolektora dolotowego dało efekty prawie niemierzalne. Bo:

  • poziom trujących węglowodorów (HC) spadł z 18 do 12;
  • poziom trującego tlenku węgla (CO) spadł z 0,02 do 0,01;
  • poziom trujących tlenków azotu (NOx) spadł z 52 do 46;
  • poziom tlenu (O2) spadł z 0,36 do 0,33;
  • co ciekawe, poziom dwutlenku węgla (CO2) wzrósł z 15,2 do 15,3;
  • no i podczas drugiego badania w “warśtacie” było o 2 stopnie zimniej ;)

Ale te wszystkie powyższe porównania są bez znaczenia – spaliny w moim aucie zarówno przed czyszczeniem, jak i po czyszczeniu, na luzach spełniały wszelkie normy. A spadki trujących składników są na tyle małe, że nie warto bawić się w naukowe interpretacje.

Ale…

Mam Nissana od nowości – dokładnie od listopada 2001 roku. Czyli jakoś tak w dniu czyszczenia minęło 10 lat. Mimo wieku jest cholernie niezawodny, wystarczająco dynamiczny i kulturalnie płynny. Naprawdę przyjemnie się nim jeździ. Ale muszę przyznać, że od dość dawna traktuję go jak emeryta.

Ma kilka przypadłości związanych z wiekiem i przebiegiem (ponad 160 kkm).

Primo: gdy silnik jest zimny, przyspiesza bardzo mało płynnie. Nie wiem jak to opisać, ale auto się delikatnie buja, jakbym jechał na krzywych oponach. Tylko ja to czuję – Ryba nie ma pojęcia o co mi chodzi i twierdzi, że zmyślam. Wiecie – pewne drobne problemy z autem czuje tylko kierowca. To wszystko trwa maksymalnie 5 minut. Gdy silnik jest już ciepły – wszystko znika.

Secundo: czasami zdarza się mu przy gwałtownym przyspieszaniu tak delikatnie kaszlnąć. Delikatnie jak angielskiemu arystokracie, który zauważył, że ktoś w jego obecności pomylił sztuciec do ryb z tym do przegrzebków. Takie zawahanie na ułamek sekundy – na ogół, gdy wskazówka mija 4500 obrotów. I znów – Ryba mówi, że mi się coś roi, bo ona nic nie czuje.

Tertio: w zimne poranki pierwsze 5 sekund pracy silnika jest niebywale bolesne – dźwięki, które dochodzą spod maski mogą sugerować, że auto napędza podskakujące na zardzewiałej sprężynie wiadro pełne śrub. W szóstej sekundzie ten irytujący dźwięk znika.

Te trzy powyższe przypadłości nie są specjalnie irytujące – godzę się na nie, bo jak wspominałem – trochę traktuję mojego Nissana jak emeryta.

Wiecie, co teraz napiszę, prawda?

Po czyszczeniu układu wtryskowego i układu dolotowego wszystkie trzy powyższe przypadłości zniknęły. Jak ręką odjął. Nazywajcie to efektem placebo. Mówcie, że się sprzedałem firmie Liqui Moly i na siłę próbuję promować usługę Jet Clean Tronic. Piszcie w komentarzach, że “odczucia” to żaden dowód.

Nic na to nie poradzę, że jestem zadowolony. Mam wrażenie, że Nissan dostał drugie życie. Absolutnie nie twierdzę, że przyspiesza lepiej do 100 km/h. Nie uważam, że silnik pracuje ciszej. Nie jest też mniej szkodliwy dla środowiska.

Ale zmiany, które w nim zaszły bardzo mi się podobają. Teraz, w zimniejsze poranki, już w pierwszej sekundzie po uruchomieniu pracuje normalnie – jak silnik zalany olejem, a nie jak garść kamieni wrzucona do betoniarki. Pierwsze kilometry przejeżdża normalnie, bez drgań i nierównego przyspieszania. A tego dyskretnego kaszlnięcia przy około 4500 obrotów również już nie zauważam – a wierzcie mi, że usilnie go poszukiwałem. Strasznie teraz polubiłem Nissana dokręcać wyżej niż zwykle – jakoś tak łatwiej mu to przychodzi. A ja nie mam wyrzutów sumienia, że stojącego nad grobem dziadka zmuszam do triathlonu.

To tyle.
Wierzcie mi, albo mi nie wierzcie.

Zapraszamy do nas!

Z pewnością mamy wszytko, czego potrzebujesz dla Twojego auta.